Liturgia autodestrukcji. O kapłanie, który przestał czuć.
Siedzisz w konfesjonale, a pod Twoimi palcami drży sutanna, która śmierdzi kurzem i cudzym lękiem. Kolejny człowiek wyrzyguje Ci swoje życie, a Ty jedyne, co czujesz, to morderczą ochotę, żeby uciec. Żeby krzyknąć: „Zamknij się, ja już nie mam gdzie cię pomieścić!”. Wracasz na plebanię, gdzie cisza tnie jak żyletka. Twoje ciało nie jest już świątynią - jest przeładowanym cmentarzyskiem cudzych traum, których nie masz jak strawić. I wtedy zaczyna się Twój prywatny rytuał przetrwania, o którym nie powiesz na żadnej spowiedzi, bo sam się go boisz jak ognia. Zamykasz drzwi na klucz. To jedyny moment, kiedy nie musisz być „ikoną”. Wyciągasz telefon. Ten mały, świecący prostokąt to Twój pierwszy narkotyk. Scrollujesz. Godzina, dwie, trzy. Mózg zalany niebieskim światłem i obrazami, które nic nie znaczą, próbuje zagłuszyć ten huczący w uszach ryk ludzkiego bólu, który zebrałeś w ciągu dnia. To patologiczna próba ratowania zmysłów, która tylko pogłębia ...









