Po Taborze zawsze przychodzi noc.
Nie od razu.
Czasem mija wiele lat.
Ale przychodzi.
Getsemani nie zapowiada się wcześniej.
Nie krzyczy.
Nie ostrzega.
Po prostu któregoś dnia kapłan odkrywa, że jest sam.
„Jezus przyszedł z nimi do ogrodu, zwanego Getsemani” (Mt 26,36)
To jest ogród.
Nie pustynia.
Nie miejsce klęski.
Ogród — a jednak pełen lęku.
Kapłan zna ten ogród.
Może nie umie go nazwać, ale zna jego zapach: wilgotna cisza plebanii nocą,
ciemna kaplica, w której tabernakulum nie odpowiada,
łóżko, na którym nie da się zasnąć.
„Począł się smucić i odczuwać trwogę” (Mt 26,37)
To zdanie jest brutalnie prawdziwe.
Kapłan też się boi.
Kapłan też się smuci.
Kapłan też ma momenty, w których nie rozumie Boga.
Modlitwa, która kiedyś była światłem, teraz jest ciężarem.
Słowa liturgii przechodzą przez usta, ale nie docierają do serca.
Msza się odprawia.
Sakramenty się udziela.
A w środku — pustka.
„Smutna jest moja dusza aż do śmierci” (Mt 26,38)
To nie jest poetycka przesada.
To jest stan, w którym dusza boli fizycznie.
Gdy powołanie ciąży jak kamień.
Gdy kapłan zaczyna się zastanawiać:
„Czy to jeszcze jest moje życie?”
„Czy Bóg naprawdę mnie tu chciał?”
Getsemani to miejsce, gdzie kapłan odkrywa, że nie jest niezniszczalny.
Że nie wystarczy być „dla innych”.
Że można rozdawać się do końca i nie czuć nic w zamian.
„Oddalił się nieco, upadł na twarz i modlił się” (Mt 26,39)
Upadł.
Nie uklęknął.
Upadł.
Są takie noce, gdy kapłan nie modli się pięknymi słowami.
Modli się milczeniem, które krzyczy.
Łzami, których nikt nie widzi.
Pytaniem: „Dlaczego?”
„Ojcze mój, jeśli to możliwe, niech Mnie ominie ten kielich” (Mt 26,39)
To jest modlitwa, której kapłan często się wstydzi.
Bo przecież „powinien być silny”.
Bo „ludzie patrzą”.
Bo „kapłan nie może się załamać”.
A jednak to właśnie ta modlitwa jest najprawdziwsza.
Nie heroicznym „dam radę”.
Ale nagim wołaniem o ulgę.
Getsemani boli jeszcze bardziej, bo kapłan nie jest sam — a jednak jest opuszczony.
„Przyszedł do uczniów i zastał ich śpiących” (Mt 26,40)
Ci, którzy mieli czuwać — śpią.
Ci, którym ufał — nie rozumieją.
Ci, dla których się spalał — nie widzą jego nocy.
Samotność kapłana w Getsemani nie polega na braku ludzi.
Polega na tym, że nikt nie pyta, jak bardzo boli.
„Czuwajcie i módlcie się, abyście nie ulegli pokusie” (Mt 26,41)
Pokusą w Getsemani nie jest grzech.
Pokusą jest rezygnacja serca.
Zgorzknienie.
Obojętność.
Mechaniczne trwanie bez miłości.
I wreszcie — cisza.
Niebo milczy.
Bóg nie zabiera kielicha.
„Nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie” (Łk 22,42)
To zdanie nie rodzi się w pokoju.
Rodzi się w bólu, który kruszy wnętrze.
To nie jest zgoda entuzjasty.
To zgoda człowieka, który nie ma już nic poza zaufaniem.
„Wtedy ukazał Mu się anioł z nieba i umacniał Go” (Łk 22,43)
Anioł nie zabiera cierpienia.
Daje siłę, by nie uciec.
„A Jego pot był jak gęste krople krwi spływające na ziemię” (Łk 22,44)
To jest moment, w którym kapłaństwo przestaje być ideą.
Staje się ofiarą.
Getsemani nie daje odpowiedzi.
Getsemani uczy wierności, gdy nie ma światła.
Uczy trwania, gdy nie ma pociechy.
Uczy bycia kapłanem bez oklasków, bez zachwytu, bez Taboru.
Jeśli jesteś w Getsemani —
to nie znaczy, że przegrałeś.
To znaczy, że jesteś bardzo blisko Krzyża.
I nikt nie mówi, kiedy to się kończy.
Nie ma znaku.
Nie ma światła w oknie.
Nie ma słów: „już wystarczy”.
Jest tylko noc,
która się modli twoim oddechem.
Kielich nadal stoi.
Niebo milczy.
Uczniowie śpią.
A ty wciąż tu jesteś.
Nie silny.
Nie spokojny.
Nie pewny.
Po prostu — jeszcze.
I to jest wszystko, co masz.
Komentarze
Prześlij komentarz