Przez Tabor — gdzie powołanie odzyskuje blask, a serce przypomina sobie, czym jest światło
Są takie chwile w życiu kapłana, gdy wszystko w nim mówi:
„To ma sens.”
Nie dlatego, że jest łatwo.
Nie dlatego, że wszyscy rozumieją.
Ale dlatego, że serce płonie.
To jest Góra Tabor.
„Tam się przemienił wobec nich; twarz Jego zajaśniała jak słońce” (Mt 17,2)
Na początku drogi kapłańskiej światło naprawdę oślepia.
Nie w sposób teatralny.
Raczej cicho, od środka.
Kapłan pamięta ten moment, gdy po raz pierwszy powiedział:
„To jest Ciało moje.”
I nagle zrozumiał, że jego głos już nie należy tylko do niego.
Ręce mu drżały. Serce biło za szybko.
A jednocześnie było w nim coś tak głębokiego, że aż trudno to nazwać.
Pokój. Zachwyt. Lęk. Radość — wszystko naraz.
Tabor to nie euforia.
To świadomość bycia dotkniętym przez Boga.
„Panie, dobrze, że tu jesteśmy” (Mt 17,4)
Ilu kapłanów mówiło to bez słów, klęcząc po cichu w kaplicy seminaryjnej.
Ilu z nich patrzyło na tabernakulum i myślało:
„Nie wiem, jak to wszystko się potoczy… ale wiem, że chcę być tutaj.”
Na początku kapłaństwa modlitwa nie jest jeszcze walką.
Jest spotkaniem.
Jest rozmową serca z Sercem.
Kazania rodzą się z pasji.
Spowiedź boli — ale jest bólem, który ma sens.
A Eucharystia nie jest „kolejną” Mszą, tylko tajemnicą, która się wydarza.
„A oto obłok świetlany osłonił ich” (Mt 17,5)
Ten obłok to delikatność Boga.
Bo Bóg na początku drogi nie odsłania wszystkiego.
Chroni.
Zostawia przestrzeń na zaufanie.
Kapłan wtedy jeszcze wierzy, że może kochać Kościół całym sobą.
Że może być dla ludzi.
Że jego życie naprawdę będzie darem.
I słyszy — czasem bardzo wyraźnie, czasem tylko w sercu:
„To jest Syn mój umiłowany, w którym mam upodobanie” (Mt 17,5)
Każdy kapłan potrzebuje usłyszeć:
„Jesteś mój. Cieszę się tobą.”
Bo zanim pojawi się zmęczenie.
Zanim przyjdzie samotność plebanii.
Zanim słowo „służba” zacznie boleć —
Bóg najpierw daje blask bycia umiłowanym.
Tabor to czas, gdy kapłan wierzy, że świat można zbawić od jednego konfesjonału.
Że jedno dobre słowo może kogoś podnieść.
Że Bóg naprawdę działa przez jego słabość.
„A gdy schodzili z góry…” (Mt 17,9)
Tak.
Z Taboru się schodzi.
Ale nikt, kto był na tej górze, nie schodzi taki sam.
Kapłan schodzi z pamięcią światła. Z zapamiętanym drżeniem rąk.
Z pierwszym „Amen”, które wypowiedział z łzami w oczach.
I nawet jeśli kiedyś powie:
„Jest mi ciężko”,
„Jestem zmęczony”,
„Nie tak miało być” —
to gdzieś głęboko w nim wciąż trwa Tabor.
Bo Tabor nie jest tylko miejscem.
Jest początkiem miłości.
A miłość, raz dana,
nigdy nie gaśnie całkowicie.



Komentarze
Prześlij komentarz