Kiedy sacrum milczy. O desperackich próbach zapełnienia pustki.
Można znać na pamięć pisma Ojców Kościoła i posiadać doktorat z teologii, a jednocześnie czuć w środku pustkę tak czarną, że nie wypełni jej żadna liturgia.
To jest ten moment, o którym nie mówi się na kursach formacyjnych: kiedy Twoje powołanie staje się martwym językiem, a Ty zostajesz sam z przerażającym „nic”.
Najgorsza nie jest jednak sama pustka.
Najgorszy jest wstyd, który każe ją czymś desperacko zapchać.
Kapłan w Polsce jest często ofiarą własnego wykształcenia i statusu.
Oczekuje się od Was, że będziecie ekspertami od ludzkich dusz, co automatycznie odbiera Wam prawo do bycia pacjentem. Buduje się wokół Was mur autorytetu, który z czasem staje się celą.
Najdotkliwsza bywa samotność intelektualna i emocjonalna na plebanii, kiedy po całym dniu „zarządzania sacrum” zostajesz sam z myślą, że Twoja własna struktura psychiczna zaczyna trzeszczeć.
Boisz się do tego przyznać, bo w Twoim świecie słabość bywa mylona z brakiem łaski, a zmęczenie materiału - z niewiernością powołaniu. To błąd. Skrajny i krzywdzący błąd poznawczy.
Kiedy ontologia zawodzi, a modlitwa przypomina mówienie do ściany, zaczyna się szukanie jakiegokolwiek znieczulenia.
Robisz to po cichu, za zamkniętymi drzwiami, z narastającym poczuciem schizofrenii.
Szukasz ratunku w alkoholu, który ma być tylko „na sen” - najpierw to lampka wina, potem butelka, bo tylko ona potrafi na chwilę wyłączyć ten natrętny głos w głowie mówiący, że nie dajesz rady.
To najbardziej samotne picie świata - w pełnym stroju, po wieczornym nabożeństwie, w paraliżującym lęku, żeby nikt nie poczuł zapachu w konfesjonale.
Innym razem jest to ucieczka w sieć, godziny spędzone na bezmyślnym scrollowaniu, zakupy online czy kompulsywne szukanie namiastki bliskości w miejscach, o których wstydzisz się myśleć rano przy ołtarzu.
Czasem to aktywizm bez duszy - rzucanie się w remonty, inwestycje i kolejne rady parafialne, byle tylko nie usiąść w ciszy.
Bo w ciszy słychać pękanie fundamentów.
Często to nie jest kwestia złej woli.
To efekt zderzenia wyidealizowanej struktury z Twoim żywym, skrzywdzonym człowieczeństwem.
Wiele lat temu wybrałeś drogę, która obiecywała pełnię, a po drodze zgubiłeś siebie. Może zostałeś skrzywdzony przez przełożonych, może wyeksploatowany przez system, który widzi w Tobie funkcję, a nie osobę.
Wstydzisz się tej pustki, bo myślisz, że jako „ekspert od ducha” powinieneś być odporny.
Ten rozłam między „ja oficjalnym” a „ja ukrytym” potrafi zabić szybciej niż jakakolwiek choroba. Ta pustka nie zniknie od kolejnych rekolekcji, które są tylko kolejnym „zadaniem” do wykonania, ani od udawania, że to tylko chwilowy spadek formy.
Najtrudniejszy, a zarazem najbardziej oczyszczający moment następuje wtedy, gdy przestajesz dolewać wina do kielicha w pustym pokoju i przyznasz przed samym sobą: „Tak, jestem skrzywdzony. Tak, jestem samotny. Tak, uciekam, bo ból istnienia stał się nie do zniesienia”.
To nie jest upadek powołania. To moment, w którym Twoje człowieczeństwo - po latach bycia w cieniu funkcji w końcu dochodzi do głosu.
Desperacko, brutalnie i beznadziejnie, ale w końcu prawdziwie.
Zanim kolejna noc zmusi Cię do szukania ulgi w tym, co Cię niszczy, pomyśl, czy ta pustka nie jest jedynym uczciwym miejscem, od którego możesz zacząć powrót do siebie.
Bez pancerza, bez tytułów i bez kłamstw.
Prawdziwa odnowa nie zaczyna się od wielkich postanowień, ale od tego jednego, cichego momentu, w którym w końcu przestajesz przed sobą uciekać.
Kiedy odstawiasz kieliszek, zamykasz laptopa i pozwalasz sobie na lęk, którego tak bardzo nie chciałeś czuć.
To właśnie tam, w samym środku Twojej bezradności, zaczyna się droga powrotna do życia.
Nie musisz iść nią sam, choć wiem, jak bardzo boisz się komukolwiek zaufać.
Jeśli te słowa poruszyły w Tobie strunę, o której wolałbyś zapomnieć, nie musisz od razu zmieniać wszystkiego.
Czasem wystarczy drobny gest - zostawienie anonimowego komentarza, by wyrzucić z siebie choć jedną myśl, która stała się zbyt ciężka, by nosić ją w głowie.
Możesz też po prostu podać ten tekst dalej, przesyłając go komuś, o kim wiesz, że teraz siedzi w podobnej ciszy na innej plebanii, bo poczucie, że nie jest się w tym obłędzie jedynym, bywa pierwszym krokiem do ocalenia.
A jeśli czujesz, że to właśnie ten moment, by spróbować o tym wszystkim opowiedzieć bez lęku przed oceną i bez „kościelnego” filtra, to wiedz, że po prostu jestem.
Uznanie własnego rozbicia nie jest końcem Twojej historii ani kapitulacją wobec powołania. To moment, w którym Twoje życie w końcu staje się prawdziwe, a światło zaczyna znajdować drogę, by przez te wszystkie pęknięcia wlecieć do środka.



Komentarze
Prześlij komentarz