Haran — gdzie można zacząć od nowa, nawet jeśli wydaje się, że już nie ma sił zaczynać



Pamiętasz Tabor.

Nie jako fragment Ewangelii.
Jako doświadczenie.

Pamiętasz światło, które porządkowało wszystko.
Pewność, że to ma sens.
Że Bóg naprawdę wołał.

„Panie, dobrze, że tu jesteśmy” (Mt 17,4)

Wtedy kapłaństwo było proste.
Modlitwa niosła.
Liturgia oddychała.
Serce płonęło — bez wysiłku.

Ale Tabor nie trwa.
Nigdy nie miał trwać.

Przychodzi Getsemani.
Nie wtedy, gdy coś zawaliłeś.
Nie dlatego, że byłeś niewierny.
Tylko dlatego, że dałeś z siebie wszystko.

„Jezus przyszedł z nimi do ogrodu, zwanego Getsemani” (Mt 26,36)

Nagle modlitwa staje się ciężarem.
Brewiarz przechodzi przez usta,
ale nie dociera do serca.
Msza się odprawia —
ale bez światła.

„Począł się smucić i odczuwać trwogę” (Mt 26,37)

Odkrywasz, że jesteś słaby.
Że nie jesteś niezniszczalny.
Że można służyć ludziom
i nie mieć komu powiedzieć, jak bardzo boli.

„Smutna jest moja dusza aż do śmierci” (Mt 26,38)

Getsemani obnaża jedno:
że ty też potrzebujesz, by ktoś przy tobie czuwał.

Ale uczniowie śpią.

„Przyszedł do uczniów i zastał ich śpiących” (Mt 26,40)

Po Getsemani nie zawsze przychodzi Krzyż.
Czasem przychodzi coś cichszego.
Bardziej wyczerpującego.

Haran.

„Gdy doszli do Haranu, tam się osiedlili” (Rdz 11,31)

To miejsce, w którym już nie walczysz.
Nie buntujesz się.
Nie uciekasz.

Po prostu trwasz — zmęczony sobą.

Doszedłeś do miejsca, w którym nie umiesz już iść.
I nie umiesz wrócić.

Nie planowałeś tego zatrzymania.
Ono przyszło samo.

Jesteś zmęczony.
Nie pracą.
Sobą.

Modlitwa nie boli już jak w Getsemani.
Ona po prostu nie niesie.
Mówisz słowa, które znasz na pamięć, ale serce siedzi gdzie indziej.
Albo nigdzie.

Czasem pojawia się myśl, której się boisz:

„Gdybym dziś zaczynał…
czy poszedłbym tą samą drogą?”

I to pytanie boli bardziej niż zmęczenie.

Nie masz siły się buntować.
Nie masz siły udowadniać, że dajesz radę.
Nie masz nawet siły uciec.

Zostałeś w Haranie.

Pamiętasz Tabor.
Pamiętasz światło.
Pamiętasz, że kiedyś serce płonęło.

Ale dziś nie mówisz już:
„Panie, dobrze, że tu jesteśmy”.

Dziś mówisz raczej:
„Panie… jeszcze tu jestem”.

Getsemani zabrało ci resztki złudzeń.
Tam nauczyłeś się, że można kochać i być strasznie samotnym.
Że można służyć i czuć się niewidzialnym.
Że można się modlić i nie słyszeć odpowiedzi.

A Haran…
Haran jest po tym wszystkim.

Nie pytasz już: „Dlaczego?”.
Nie masz energii na wielkie pytania.

Jest tylko jedno, bardzo ludzkie:
„Czy Ty mnie jeszcze chcesz?”

I długo — cisza.
Długa.
Niepokojąca.

Aż w końcu — prawie niezauważalnie — wraca Słowo.

„Wyjdź z twojej ziemi…
do kraju, który ci ukażę” (Rdz 12,1)

Nie czujesz nic.
Naprawdę nic.

Ale słyszysz.

Nie masz odwagi na nowy początek.

Masz tylko resztkę zgody, żeby nie zamykać serca.

I to wystarcza.

Haran uczy cię, że Bóg nie zaczyna od nowa tam, gdzie jesteś silny, 
ale tam, gdzie już nie potrafisz udawać.

Nie daje planu.
Nie tłumaczy sensu.
Nie przywraca dawnego blasku.

Idzie obok.

Z Haranu nie wychodzi się gwałtownie.
Wychodzi się bardzo powoli.
Jak ktoś, kto długo leżał.
Jak ktoś, kto boi się,
że jeśli ruszy, znowu zabraknie sił.

I wtedy — gdzieś w drodze — pojawia się Emaus.

„Czy serce nie pałało w nas, gdy rozmawiał z nami w drodze?” (Łk 24,32)

To nie jest ogień Taboru.
To ledwie ciepło.

Ale po Haranie nawet ciepło jest cudem.

Jeśli jesteś teraz w Getsemani albo utknąłeś w Haranie —
to nie znaczy, że zawiodłeś.

To znaczy, że twoje kapłaństwo 
przestało być ideą,
a stało się prawdą.

Kapłaństwo nie umiera w nocy.
Umiera wtedy, gdy kapłan przestaje iść —
nawet bardzo powoli.

A ty…
jeszcze idziesz.

Komentarze

Popularne posty