Dotarliśmy do Zafat — gdzie wszystko odnawia się po cichu, bez presji, jakby Bóg składał w człowieku to, co zostało porozbijane przez drogę
Zaczęliśmy naszą drogę w Kadesz, w miejscu w którym Bóg pozwolił Ci oddychać.
Był Maon, gdzie nauczyłeś się ukrycia i bezpieczeństwa w cieniu.
Potem Horeb, gdzie cisza rozebrała Cię do nagiej prawdy.
I Sitah, gdzie Twoje życie duchowe zaczęło wreszcie nie być oparte na kontroli i napięciu.
I dochodzisz do Zafat.
Nie jako wielkiej góry objawień.
Nie jako eksplozja światła.
Nie jako odpowiedzi na wszystkie pytania.
Ale jako ciemnej izby, w której Bóg składa wszystko, co się w Tobie rozbiło.
Zafat w Biblii pojawia się tylko raz - w Księdze Sędziów:
„Juda razem z Simeonem pobili Kananejczyków, którzy mieszkali w Zephath, i całkowicie zniszczyli to miasto. Dlatego nazwano je Hormah” (czyli „miejsce poświęcenia/wytracenia”) - ten tekst pojawia się w Sdz 1,17.
To nie jest historia o triumfie.
To historia o przejściu.
O tym, że człowiek, który idzie przez drogę, zostawia coś za sobą, zanim wejdzie w to, co nowe.
Zafat - bo tak interpretacyjnie można myśleć o tym miejscu -
nie jest opowieścią o zdobyciu, lecz o uspokojeniu ziemi, o tym, co zostało po walce.
Zafat nie ma długiej narracji, jak Tabor czy Horeb.
Pojawia się krótko, milcząco, jak podpis pod sceną, którą dopiero trzeba oswoić.
I to jest jego siła.
Co to oznacza dla Ciebie - kapłana, brata, siostry konsekrowanej?
Zafat nie odbudowuje tego, co było.
Odbudowa to słowo zbyt wielkie.
To miejsce zaczyna od zgody, nie od „lepszego jutra”.
Bo duchowa odnowa po drodze, w której:
- byłeś silny,
- stałeś na straży,
- walczyłeś o powołanie,
- trzymałeś napięcie jak jedyny sposób na przetrwanie…
…to nie jest powrót do dawnych sił.
To jest przyjęcie prawdy, że coś w Tobie się rozbiło - i Bóg się tym zajmuje,
nie gwałtownie, nie od razu, ale po cichu i bez presji.
W Zafat:
Bóg nie spieszy się z odbudową.
Bóg zaczyna od ciszy.
Od łagodności.
Od tego, co najdelikatniejsze.
To miejsce nie każe Ci robić raportu ze swojego życia duchowego.
Nie nakazuje poprawy.
Nie stawia planów na jutro.
Bóg mówi:
Przyjdź taki, jaki jesteś.
Nie musisz już udawać, że się trzymasz.
Nie musisz udowadniać, że jesteś silny.
Nie musisz już sam trzymać wszystkiego razem.
To jest moment, w którym możesz po raz pierwszy od dawna poczuć się… spokojny.
Nie dlatego, że “wszystko zrozumiałeś”.
Nie dlatego, że wszystko się ułożyło.
Nie dlatego, że masz odpowiedzi.
Spokojny dlatego, że Bóg składa to, co się rozbiło.
Nie narzuca tempa.
Nie wymusza wyników.
Po prostu składa.
Dlaczego to jest ważne - duchowo i psychologicznie
Po Horebie Twoje serce nauczyło się wypowiadać prawdę.
Po Sitah Twoje ręce przestały wciąż trzymać wszystko razem.
Zafat uczy, że dojrzewanie nie polega na sile, lecz na harmonii, której nie wymusza się przez wysiłek.
To nie jest „oddech po walce”.
To jest wejście w sposób bycia, który nie jest uwarunkowany Twoją wydajnością, Twoją gorliwością, Twoją efektywnością.
Zafat to pierwsze miejsce, w którym możesz usiąść i powiedzieć Bogu:
Nie mam już siły.
Nie potrafię trzymać siebie w rękach.
Nie wiem, dokąd dalej.
I Bóg odpowiada… ciszą, która zbiera to, co się rozsypało.
To nie jest koniec drogi.
To jest inny początek.
Bóg w Zafat mówi Ci dzisiaj
Nie masz już trzymać wszystkiego samemu.
Nie musisz być silny przez cały czas.
Nie musisz „naprawiać” swojej wiary ani powołania przez wysiłek.
Możesz pozwolić, by Bóg powoli składał to, co się zepsuło.
Nie gwałtownie.
Nie w jedną noc.
Cicho.
Bez presji.
Tak jak Bóg potrafi.
Jeśli kiedyś bałeś się, że Twoje powołanie padnie, gdy przestaniesz trzymać je napięciem - w Zafat Bóg mówi, że powołanie nie znika, gdy Ty przestajesz być własnym strażnikiem.
Możesz odetchnąć. Nie „odzyskać sił”.
Odetchnąć.
To może już wystarczyć.



Komentarze
Prześlij komentarz