Sitah - gdzie dusza może wreszcie odetchnąć spokojem, którego nie daje żadne ludzkie zabezpieczenie

 Nie zdradzasz Boga wtedy, gdy w Niego wątpisz.

Zdradzasz Go wtedy, gdy próbujesz zabezpieczyć się bez Niego.

Sitah to miejsce, w którym kończy się czuwanie,
a zaczyna pytanie, czy naprawdę pozwolisz,
by ktoś inny niósł Twoje życie.

Po Horebie nie zostaje światło.

Zostaje człowiek, który już wie.

Wie, że nie da się dalej żyć na napięciu.
Wie, że nie udźwignie kolejnej mobilizacji.
Wie, że nie wróci do dawnych zabezpieczeń, bo one przestały działać.

I właśnie wtedy przychodzi Sitah.

Nie jako odpowiedź.
Jako przestrzeń, w której Bóg przestaje być zadaniem, a staje się ciężarem, który ktoś inny niesie za Ciebie.

Sitah w Biblii pojawia się wtedy, gdy Izrael jest już blisko końca drogi. Po pustyni, po cudach, po upadkach. Gdy nie ma już wątpliwości co do tego, kim są i komu należą. I właśnie dlatego pękają tam najbardziej. Nie z niewiary. Z wyczerpania czuwaniem. Z potrzeby spokoju, który nie kosztuje.

To jedno z najbardziej bolesnych miejsc Pisma. Bo pokazuje, że człowiek wierzący nie zdradza Boga wtedy, gdy Go odrzuca, ale wtedy, gdy próbuje zabezpieczyć się bez Niego. Gdy bierze sprawy w swoje ręce nie z pychy, ale z lęku, że już dłużej nie wytrzyma.

Sitah odsłania moment, w którym dusza mówi: nie chcę już być w gotowości. Chcę po prostu być bezpieczna.

To zdanie nosi w sobie każdy kapłan, brat i siostra zakonna, którzy długo byli wierni. Nie mówi się go głośno. Bo brzmi jak zdrada. A jest wołaniem.

Wołaniem o to, by wreszcie ktoś inny czuwał.

Po Horebie nie ma już siły, żeby się oszukiwać. Modlitwa nie daje pociechy. Cisza nie objawia. Powołanie nie daje już poczucia sensu ani sensacji. Zostaje naga obecność i pytanie, czy ona wystarczy.

Sitah jest miejscem, w którym przestajesz się podtrzymywać. Nie dlatego, że się poddajesz. Dlatego, że widzisz, iż wszystko, na czym dotąd się opierałeś, było tylko prowizorycznym rusztowaniem.

I w tej chwili pojawia się lęk. Prawdziwy. Głęboki. Taki, którego nie da się już zagłuszyć aktywnością ani gorliwością. Lęk przed tym, że jeśli przestaniesz trzymać, wszystko się rozsypie. Że jeśli przestaniesz pilnować, stracisz wiarę, powołanie, siebie.

Sitah nie odpowiada na ten lęk. Ale go przyjmuje.

Bóg w Sitah nie mówi. Nie pociesza. Nie daje obietnic. Ale zostaje. I to jest jedyne zabezpieczenie, które nie zawodzi.

Dojrzałe życie duchowe zaczyna się tam, gdzie przestajesz być własnym strażnikiem. Gdzie nie chronisz już powołania napięciem. Gdzie pozwalasz, by Twoje życie było niesione, a nie kontrolowane.

To jest oddech Sitah. Nie ulga. Nie spokój emocjonalny. Ale cisza, w której po raz pierwszy nie musisz się pilnować.

Jeśli po Horebie czujesz się jak ktoś, kto został bez skóry, bez pancerza, bez obrony, a jednocześnie nie ma już w Tobie siły, by cokolwiek odbudowywać – być może właśnie tu jesteś.


Sitah nie przywraca energii.
Sitah przywraca życie.

Bo pokazuje, że Twoje powołanie nie jest bezpieczne dlatego, że Ty je chronisz, ale dlatego, że Bóg nie przestaje czuwać nawet wtedy, gdy Ty wreszcie przestajesz.

Zostań.
Nie rób nic.
Oddychaj.

To nie jest zawieszenie drogi.
To jest moment, w którym po raz pierwszy naprawdę nie idziesz sam.

Komentarze

Popularne posty