Jeśli doszedłeś aż tutaj, to znaczy, że coś w Tobie już pękło.
Albo przynajmniej zaczęło pękać.
Po Kadesz — gdzie pozwoliłeś sobie przestać iść dalej na siłę.
Po Maon — gdzie nauczyłeś się znikać, nie uciekając.
Przychodzi Horeb.
Nie jako kolejny etap rozwoju.
Nie jako duchowa propozycja.
Jako miejsce, z którego nie da się wyjść taki sam.
Horeb nie jest dla tych, którzy chcą poczuć się lepiej.
Horeb jest dla tych, którzy nie chcą już kłamać.
Eliasz idzie na Horeb po tym, jak zrobił wszystko dobrze.
Był wierny.
Był odważny.
Był skuteczny.
I mówi:
„Mam już dość, Panie. Zabierz moje życie” (1 Krl 19,4).
To nie jest modlitwa rozpaczy po porażce.
To modlitwa człowieka, który za długo był silny.
Jeśli Twoja samotność przyszła nie dlatego, że zdradziłeś powołanie,
ale dlatego, że je uniosłeś —
to jesteś bliżej Horebu, niż myślisz.
Bóg prowadzi Eliasza do jaskini.
Nie na szczyt. Do wnętrza.
I tam zadaje pytanie, które rozcina duchową skórę aż do kości:
„Co ty tu robisz, Eliaszu?” (1 Krl 19,9)
Nie odpowiadaj szybko.
Jeśli odpowiesz szybko, skłamiesz.
Co Ty tu robisz — w tym kapłaństwie, które już nie cieszy?
Co Ty tu robisz — w posłudze, która stała się funkcją?
Co Ty tu robisz — w ciszy, której się boisz, bo w niej nie da się uciec?
Horeb zaczyna się tam, gdzie przestajesz tłumaczyć się Bogiem.
Na Horebie przychodzą znaki.
Wicher.
Trzęsienie ziemi.
Ogień.
Wszystko to, co wygląda jak potęga Boga.
I wszystko to, w czym Boga nie ma (por. 1 Krl 19,11–12).
To jest moment najbardziej niewygodny dla kapłana.
Bo to oznacza, że:
Bóg nie zawsze jest w Twojej gorliwości,
nie zawsze w Twoim wysiłku,
nie zawsze w Twoim „dawaniu z siebie wszystkiego”.
Jeśli do tej pory myślałeś, że hałas ratuje wiarę — Horeb Cię z tego wyleczy.
Bóg przychodzi w szmerze łagodnego powiewu.
Tak cichym, że nie da się go zagłuszyć…
ale też nie da się go usłyszeć, jeśli wciąż chcesz być silny.
Szept Horebu nie głaszcze.
On demaskuje.
Bo w ciszy nie ukryjesz:
swojej samotności,
swojej pustki,
swojego zmęczenia Eucharystią,
swojej niechęci do ludzi,
swojej modlitwy, która stała się obowiązkiem.
Jeśli boisz się ciszy — to dlatego, że ona zna Twoje imię.
Eliasz mówi w końcu prawdę:
„Zostałem sam” (1 Krl 19,10).
To nie jest fakt.
To jest doświadczenie.
I Horeb jest jedynym miejscem, w którym wolno je wypowiedzieć bez poprawiania go teologią.
Jeśli czujesz się sam jako kapłan — nie dlatego, że nie masz ludzi,
ale dlatego, że nikt nie zna Ciebie — to nie jest Twoja porażka.
To jest moment objawienia.
Bóg nie odbiera Eliaszowi powołania.
Ale też go nie głaszcze.
Po ciszy Horebu daje mu drogę — inną niż dotąd (1 Krl 19,15–18).
Już nie w pojedynkę.
Już nie na granicy wytrzymałości.
Ale zanim to zrobi, pozwala mu się rozpaść.
Bo kapłaństwo, które nie przeszło Horebu,
wcześniej czy później pęka w złym miejscu.
Jeśli ten tekst Cię uwiera — dobrze.
Horeb nie ma Ci się podobać.
Jeśli czujesz opór — nie uciekaj.
To znak, że dotykasz miejsca, którego dotąd nie dotykałeś.
Nie pytam Cię, co z tym zrobisz.
Nie daję Ci zadania.
Nie proponuję rozwiązania.
Pytam tylko:
Czy masz odwagę zostać w ciszy, która nie daje odpowiedzi, ale mówi prawdę?
Kadesz nauczył Cię zatrzymania.
Maon — ukrycia.
Horeb uczy obnażenia.
Jeśli przejdziesz przez Horeb,
nie będziesz już tym samym kapłanem.
I właśnie o to chodzi.
Komentarze
Prześlij komentarz